Od redaktora

        Moją podróżą życia na pewno nie była podróż do dalekiej Libii – starożytnego Trypolisu, Sabraty i Leptis Magna, ani naukowe peregrynacje do Hiszpanii, Francji, Włoch czy Istambułu. Nawet nie była to podróż do Japonii, do odległego Tokio. Wszystkie były interesujące, ale gdyby ktoś mnie zapytał o podróż życia, bez wahania bym odpowiedział, że odbyła się w dalekiej przeszłości, gdy jako 7–8-letni brzdąc leżałem rozwalony na rozłożystym, wymoszczonym sianem wozie i gapiłem się w niebo. Wracaliśmy ze spotkania rodzinnego. Jechaliśmy późną nocą z Warzynka – małej mazowieckiej wioseczki, do mojego rodzinnego Bożewa, odległego o kilkanaście kilometrów. Przykryty burką (to taki ciepły kożuch z długim włosiem) wdychałem mroźne, krystaliczne powietrze, zaprawione końskim potem i patrzyłem… patrzyłem. Patrzyłem na rozgwieżdżone niebo, na Wielki i Mały Wóz, na Wielką Niedźwiedzicę, na Gwiazdę Polarną. Patrzyłem na morze mrugających gwiazd, które nikły gdzieś daleko, w niekończącej się przestrzeni. Czarne, rozgwieżdżone niebo miało coś z atmosfery wielkiej tajemnicy. Podobnego uczucia doświadczam każdego roku w Wieczór Wigilijny Świąt Bożego Narodzenia. Wówczas odżywa we mnie poczucie owej Wielkiej Tajemnicy, jakiej można doświadczyć, zostając sam na sam z rozgwieżdżonym niebem.

        Pewnie nie dzieliłbym się swoimi, bądź co bądź ważnymi, ale pewnie tylko dla mnie, przeżyciami, gdyby nie gwiazdkowy prezent, jaki niedawno otrzymałem. Ten prezent, to książka napisana przez Michio Kaku – jednego z czołowych współczesnych amerykańskich fizyków i jednocześnie znanego popularyzatora tej dziedziny nauki. Książka nosi tytuł Fizyka rzeczy niemożliwych. Fazery, pola siłowe, teleportacja i podroże w czasie (Prószyński i S-ka, Warszawa 2009). Autor próbuje w niej przybliżyć te sfery fizyki, które wybiegają daleko poza nasze codzienne życiowe doświadczenia, a nawet jeszcze dalej – poza nasz wszechświat. Snuje perspektywy istnienia wielu równoległych wszechświatów, bardziej lub mniej podobnych do naszego. Ba, uważa, że między tymi wszechświatami istnieją tunele czasoprzestrzeni, którymi – dysponując odpowiednią, na razie nieosiągalną dla nas energią – moglibyśmy przenosić się za granice naszego wszechświata, udając się w podróż w przeszłość lub w przyszłość. W zależności, czy byśmy byli w stanie dokonać kompensacji czasoprzestrzeni przed- lub za nami. Bagatela, trzeba tylko pokonać prędkość światła, która dla Einsteina była limitem nie do pokonania, a co obecni fizycy teoretyczni dopuszczają jako możliwość możliwą. Chętnie bym się wybrał w taką podróż. Byłaby kontynuacją mojej podróży życia, o jakiej pisałem na początku.

        A swoją drogą, czy te równoległe wszechświaty, pojęcie czasoprzestrzeni, nieskończoności, przemiany materii w energię i odwrotnie, wielkiego wybuchu i czarnych dziur, materii i antymaterii mogą w jakikolwiek sposób kolidować z pojęciem absolutu, jakim jest Bóg? Zarówno sędziwy Yahwe – Bóg Izraela, nasz chrześcijański Bóg, jak i Allach – Bóg muzułmanów, czy też egzotyczny hinduski Bóg Sziwa, to tylko formy ludzkiego podziwu dla jednego i jedynego Wielkiego Stwórcy. Podziwiajmy go. Podróż kanałami czasoprzestrzeni do któregoś z równoległych wszechświatów z pewnością nie ominie nikogo z nas. Aby mój optymizm sprowadzić na ziemię, życzę naszym wiernym Czytelnikom wszystkiego najlepszego w Nowym Roku.